To nie pszczoła, ani trzmiel. Ten wyjątkowy owad zawisa nad kwiatami jak koliber
Latem w ogrodzie pojawiło się coś, co na pierwszy rzut oka wygląda jak pszczoła. Nie zdążyliśmy się jednak dobrze przyjrzeć i na chwilę tracimy to z oczu. Po chwili znów się pojawia. „To trzmiel!” – myślimy. Przyglądamy się uważniej i kolejne zaskoczenie: to chyba koliber. Ale skąd wziąłby się tutaj koliber? No właśnie. W rzeczywistości to coś zupełnie innego. Co to zatem za gatunek, który tak skutecznie nas zmylił?
To nie pszczoła, nie trzmiel, ani tym bardziej nie koliber. A jednak intuicja pcha nas w tym właśnie kierunku, gdy pierwszy raz natrafimy na fruczaka trutniowca. Nie jest to jednak proste zadanie: wyrażenie "łatwiej powiedzieć, niż zrobić" zostało wymyślone właśnie na tę okazję. Ale jeśli się uda, złudzenie będzie tak silne, iż wielu ludzi przez lata żyje w przekonaniu, że widziało kolibra w swoim ogrodzie. I trudno się dziwić, ponieważ sposób, w jaki fruczak podlatuje do kwiatów, zawisa nad nimi i spija nektar, to kopia techniki ptaków z tropikalnych lasów. Natura pokazuje w ten sposób, że lubi powtarzać swoje pomysły w najróżniejszych częściach świata.
Bo kiedy przyjrzymy się uważniej, okaże się, że to motyl. A dokładnie: fruczak trutniowiec. Nie może jednak dziwić, że w pierwszym odruchu nie przyszło nam to do głowy. Motyle kojarzą się bowiem z kolorowymi skrzydłami, podczas gdy fruczak trutniowiec ma je przezroczyste. Dlaczego? Ponieważ dzięki temu ma szanse pozostać niewidoczny dla drapieżników. Natomiast jeśli już uda nam się go dostrzec, zrobi na obserwatorze piorunujące wrażenie.
Charakterystyczna, "szklana" konstrukcja skrzydeł wygląda na lekką, jakby fruczak unosił się w powietrzu zupełnie bez wysiłku. Skrzydła nie dominują sylwetki, jak u wielu motyli, lecz stapiają się z otoczeniem. Efekt jest niezwykle subtelny: na tle kwiatów owad zdaje się niemal przezroczysty, a oko człowieka z trudem wychwytuje szczegóły.
Kolejne zaskoczenie: technika lotu. Otóż fruczak trutniowiec nie siada na płatkach jak motyle. On zatrzymuje się w powietrzu, dosłownie zawisa nad rośliną. Następnie długa ssawka wsuwa się do wnętrza kwiatu. To tzw. hovering, czyli sztuka latania w miejscu. W świecie ptaków opanowały ją kolibry, w świecie owadów - nieliczne gatunki muchówek i właśnie fruczak. Taki sposób zdobywania pokarmu pozwala mu korzystać z kwiatów, do których inne motyle nie mają dostępu. W praktyce oznacza więc ogromną przewagę w wyścigu o nektar.
Przeczytaj też: Pokonuje 4 tysiące kilometrów w locie. Motyl odnajduje drogę dzięki Słońcu
Fruczak trutniowiec ma też swoje tajemnice. W przeciwieństwie do większości dziennych motyli nie kończy pracy wraz z zachodem słońca. Lata również o zmierzchu, a nawet w nocy, gdy wiele owadów dawno się ukryło. To sprawia, że spotkanie z nim może być jeszcze bardziej zaskakujące - migoczące skrzydła w półmroku wyglądają niemal jak świetliki. Co więcej, fruczak zimuje w postaci dorosłego motyla, a nie gąsienicy czy poczwarki. Dzięki temu potrafi błyskawicznie wykorzystać pierwsze ciepłe dni wiosny i ruszyć do działania, kiedy inne motyle dopiero zaczynają swój cykl życia.
Fruczak trutniowiec to dowód na to, że nie trzeba wyjeżdżać do tropikalnych lasów, by zobaczyć coś naprawdę niezwykłego. Egzotyka bywa na wyciągnięcie ręki - w ogrodzie, na łące, czasem nawet pod balkonem.
Źródło: profesorskiegadanie.blogspot.com.
Zobacz też:
Jedno z najpiękniejszych miejsc w Tatrach. Długi szlak tylko dla wytrwałych
Zabytkowa perełka Lubelszczyzny nad Wisłą. Jest też krainą miliona róż
Chodzą po ulicach i dostają się do domów. Mieszkańcy miast mają problem